Trzeba prywatyzować, żeby fedrować

(Aktualności - Szczegóły)

Data : 15.09.2008

Światowy Kongres Górniczy to doskonała okazja do zadania pytania o przyszłość polskiego górnictwa. A nie wygląda ona różowo. Polskie kopalnie dramatycznie potrzebują pieniędzy na inwestycje i nie bardzo wiadomo, skąd je wziąć? Czy ratunkiem okaże się Giełda Papierów Wartościowych?

Do 2015 roku na uruchomienie nowych pokładów węgla, nowoczesne maszyny, zatrudnienie nowych ludzi potrzeba ok. 15 mld zł. Skąd wziąć tak gigantyczną kwotę? Jednym z pomysłówjest Giełda Papierów Wartościowych. Jedną z pierwszych spółek górniczych, która ma znaleźć się na parkiecie, będzie Katowicki Holding Węglowy. Firma wybrała już doradców finansowych i prywatyzacyjnych, którzy przygotują prospekt emisyjny. Prawdopodobnie firma zadebiutuje na giełdzie już ,wiosną przyszłego roku. Rząd chce sprzedać od 20 do 30 proc. akcji, zachowując dla siebie pakiet kontrolny. Ale zanim to się stanie, KHW musi pokonać kilka poważnych kłopotów.

Trudne rozmowy o pakiecie

Pierwszy to zamieszanie z darmowymi akcjami. Z 20 tysięcy obecnych pracowników kopalń prawie 4 tysiące nie ma prawa do darmowych akcji prywatyzacyjnych (załoga ma dostać 15 proc. wszystkich akcji). To dlatego, że w 1993 roku w momencie tworzenia spółki nie byli jeszcze jej pracownikami. W sumie uprawnienia do akcji ma 61400 osób - byłych i obecnych pracowników. - Zastanawiamy się nad formą rekompensaty dla tych, którym akcje się nie należą - przyznaje Ryszard Fedorowski, rzecznik KHW. - Być może będzie to jakieś odszkodowanie albo prawo do nieodpłatnego nabycia akcji. Na pewno nie będzie tak, że w przypadku wprowadzenia spółki na giełdę jakaś grupa pracowników zostanie z niczym - uspokaja.

Ile akcje pracownicze mogą być warte? Tego nie da się przewidzieć przed giełdowym debiutem. Z obliczeń wynika, że na jednego pracownika przypadają średnio 73 akcje. Ich przydział będzie uzależniony od stażu pracy.

Drugi kłopot to pakiet socjalny dla załogi. Choć górnicy w specjalnym referendum zgodzili się na wprowadzenie spółki na giełdę, to związkowcy zapowiedzieli, że tanio skóry nie sprzedadzą. Okazuje się, że oczekiwania są spore. Związki domagają się aż 10-letnich gwarancji zatrudnienia dla górników pracujących w kopalniach holdingu. To sporo, jeśli wziąć pod uwagę fakt, że dotychczas w większości prywatyzowanych spółek gwarancje dla załogi sięgały najwyżej trzech lat. Tylko w wyjątkowych przypadkach były dłuższe: na przykład pracownikom Polskich Hut Stali Mittal Steel w 2004 roku zagwarantowano pracę przez pięć lat. - Sytuacja na rynku pracy

w górnictwie bardzo się zmieniła. Kopalnie szukają dziś chętnych do pracy, a nie zwalniają ludzi. 10-let-nie gwarancje, których się domagamy, to nic nadzwyczajnego - przekonuje Roman Gorczyca, wiceprzewodniczący związku zawodowego Przeróbka i szef specjalnego zespołu negocjacyjnego zrzeszającego wszystkie związki działające w KHW. Przedstawiciele holdingu nie chcą na razie mówić o szczegółach negocjacji pakietu socjalnego, ale z nieoficjalnych informacji wynika, że spółka jest gotowa zgodzić się na 10-letnie gwarancje zatrudnienia.

Samodzielność to atut

Drugą spółką węglową, która ma szansę na debiut giełdowy, jest lubelska Bogdanka. Kto wie, czy w wyścigu po pieniądze inwestorów nie wyprzedzi nawet KHW, bo kopalnia podlega Ministerstwu Skarbu, a nie jak pozostałe spółki węglowe Ministerstwu Gospodarki. To może ułatwić załatwienie wszystkich spraw formalnych potrzebnych do wprowadzenia spółki na GPW.

Bogdanka chce ponaddwukrotnie zwiększyć wydobycie (do 12 mln ton), ale żeby to osiągnąć, potrzebuje ok. 1,1 mld zł. Pieniądze mają pochodzić m.in. z GPW. - Przykład Bogdanki pokazuje, że samodzielność w górnictwie to atut, a nie obciążenie. Mogliśmyjuż dawno wprowadzić na giełdę kopalnię Budryk w Ornontowicach, a zamiast tego przyłączono ją do Jastrzębskiej Spółki Węglowej. Jesteśmy w tyle nie tylko za lubelską Bogdanką, ale i za czeskim biznesmenem Zdenkiem Bakalą. Jego koncern węglowy niedawno zadebiutował na GPW - mówi Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki w rządzie SLD-PSL.

Markowski dotyka trzeciego problemu, z którym musi borykać się nasze górnictwo. Brak odważnych decyzji co do przyszłości branży. Podczas gdy nasi politycy zastanawiają się nad kierunkiem rozwoju górnictwa, na Giełdzie Papierów Wartościowych niedawno zadebiutowała spółka New World Resources, właściciel czeskiego koncernu węglowego OKD. Głównym udziałowcem NWR jest Zdenek Bakala, jeden z najbogatszych Czechów. Bakala (48 lat) - postać dobrze znana dziś polskim menedżerom górniczym - ma nosa do biznesu węglowego. Gdy miał 18 lat wyemigrował z Czechosłowacji do Stanów Zjednoczonych i tam skończył studia ekonomiczne. W połowie lat 90. kupił pięć czeskich kopalń na północnych Morawach, tuż przy granicy z Polską. Nikt wtedy nie mógł przewidzieć, że w 2008 roku ceny węgla na rynkach światowych oszaleją. Dziś tona węgła koksującego, który wydobywają kopalnie OKD, przekroczyła 350 dol., rok temu wahała się w granicach 130-150 dol.

Czesi chcą kopać w Polsce

Debiut NWR wzbudził w branży węglowej spore emocje. Powody są dwa. Część pieniędzy z giełdy Bakala zamierza bowiem zainwestować w polskie kopalnie, które nasze rządy zamknęły. Pierwsza z nich to kopalnia Dębieńsko w Czerwionce-Leszczynach k. Rybnika. Przestała fedrować w 2000 roku, gdy zatrudniała ponad 2,5 tys. ludzi. Uznano wtedy, że dalsza eksploatacja jest nieopłacalna, ale według różnych szacunków w Dębieńsku zostało jeszcze ok. 100 mln ton węgla. I to koksującego, którego na świecie zaczyna dziś brakować. Spółka Bąkali potwierdziła niedawno, że jest gotowa zainwestować w kopalnię od 600 do 800 mln euro i w ciągu pięciu lat wznowić w niej wydobycie. Ma ono sięgać rocznie ok. 4 mln ton. NWR dostała już od Ministerstwa Ochrony Środowiska koncesję na wydobycie.

Drugie przedsięwzięcie, w które chce zaangażować się czeski biznesmen, to zlikwidowana w 2000 roku kopalnia Morcinek w Rączycach, sąsiadująca z czeskimi kopalniami OKD. Wciąż pozostało w niej 250 mln ton węgla. Eksploatacja może okazać się nie tylko zyskowna, ale i prosta technologicznie. Do zasobów węgla mogą bowiem już dziś dotrzeć czescy górnicy od swojej strony.

Na terenie kopalni Morcinek działa już czeska spółka Karbonia powiązana z koncernem OKD, która zaczęła wydobycie metanu ze złóż kopalni Morcinek. Zasoby oceniono na 60 mln m sześć.

Zdenek Bakala nigdy nie ukrywał, że interesuje go też inwestycja w Jastrzębską Spółkę Węglową, której kopalnie fedrują w tym samym rejonie co czeskie. - Taka współpraca byłaby czymś naturalnym, bo kopalnie JSW korzystają przecież z tego samego złoża. Można by obniżyć koszty, zwiększyć wydobycie i sprzedaż węgla - potwierdza Jirzi Polak, doradca Zdenka Bąkali.

Ale przygotowania do prywatyzacji JSW, której kopalnie wydobywają głównie poszukiwany na świecie węgiel koksujący, straciły impet. Jeszcze do niedawna spółka miała być pierwszą, której akcje będzie można kupić na giełdzie. Dziś na pytanie, co dalej z prywatyzacją JSW, nikt nie potrafi udzielić odpowiedzi. Niedawno wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak stwierdził, że debiut JSW na giełdzie nastąpi nie wcześniej niż w 2010 roku.

Szans na prywatyzację nie ma w najbliższym czasie Kompania Węglowa, największa górnicza firma w Europie. Wszystko dlatego, że kompania wciąż spłaca stare długi odziedziczone po pięciu dawnych spółkach węglowych. Gdy w 2003 roku tworzono firmę, jej zadłużenie sięgało 4 mld, dziś nie przekracza co najmniej 1,8 mld zł.

Kompania ma za to inne zmartwienie: czy za kilka lat nie zabraknie jej rąk do pracy? Przez lata kopalnie nie martwiły się o nowych ludzi, bo i tak nie przyjmowano ich do pracy. Koniunktura na węgiel sprawiła jednak, że w tym roku spółka musi przyjąć aż 7 tys. nowych górników. Na razie chętni są, ale nie wiadomo, co będzie za kilka lat.

Państwowe kopalnie i tak są w lepszej sytuacji niż firmy prywatne wykonujące usługi dla górnictwa. Wielu pracujących w nich górników już dziś ucieka do spółek węglowych. - W ostatnich tygodniach z naszej firmy odeszło ok. 40 pracowników. Większość zatrudniła się bezpośrednio w kopalniach - przyznaje Karol Hawel, wiceprezes Bytomskich Zakładów Usług Górniczych.

Prywatne firmy górnicze, którym zaczęło grozić, że nie wywiążą się z wygranych przetargów, szukają awaryjnego rozwiązania. Niedawno wysłały swoich emisariuszy na Ukrainę, by tam poszukali chętnych do pracy w śląskich kopalniach. Okazało się, że zadanie jest trudniejsze niż się wydawało. - Górnicy ukraińscy chcą pracować w Polsce, ale oczekują wysokiego wynagrodzenia, nawet 1,5 tys. dol. miesięcznie. Gdy doliczyć do tego koszty zakwaterowania i wyżywienia, okazuje się, że ich sprowadzenie jest nieopłacalne - mówi Sebastian Chachołek, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Budownictwa Górniczego, organizacji zrzeszającej prywatnych pracodawców.

Ostatnio górniczych przedsiębiorców zelektryzowała wieść, że

pracą w Polsce zainteresowani są też wietnamscy górnicy. Oferta zatrudnienia kilkudziesięciu z nich trafiła do Stowarzyszenia Budownictwa Górniczego za pośrednictwem tamtejszego ministerstwa pracy. - Zaoferowali nawet, że sfinansują swoim ludziom trzymiesięczny kurs języka polskiego. Zobaczymy, jakie będzie zainteresowanie naszych pracodawców - zastanawia się Sebastian Chachołek.

Firmy zewnętrzne wykonujące usługi dla kopalń zatrudniają dziś ok. 11 tys. ludzi, a więc 10 proc. wszystkich pracowników górnictwa. Liczba ta byłaby może większa, gdyby nie tragedia w kopalni Halemba, gdzie dwa lata temu zginęło 23 górników (15 pracowało w firmie zewnętrznej Mard). Śledztwo, a później procesy sądowe pokazały, że skala zaniedbań prywatnego pracodawcy była ogromna. - Niestety, tragedia w Halembie w jakimś stopniu wpłynęła na nasz wizerunek. Trudno teraz wytłumaczyć, że nie wszystkie firmy prywatne wysyłają górników do pracy na dole w dżinsach - przekonuje prezes Hawel.

Zbigniew Madej, rzecznik kompanii, mówi, że spółka jeszcze długo będzie musiała korzystać z usług firm prywatnych, ale tylko przy wykonywaniu prac specjalistycznych, takich jak np. drążenie szybów. Do zwykłego fedrowania w kopalniach ludzi jest już pod dostatkiem.

Kłopoty z pracownikami to nie tylko polska specjalność. Problem dotknął też Czechów, którzy gotowi są płacić nawet 5 tys. koron nagrody tym, którzy przyprowadzą do biur zatrudnienia kandydatów na górników. - Z oferty coraz chętniej korzystają Polacy - przyznaje Vladislav Soból, rzecznik czeskiego koncernu węglowego OKD.

W kopalniach znajdujących się tuż przy granicy z Polską pracuje ponad 3 tys. polskich górników. Choć stanowią już jedną piątą wszystkich zatrudnionych w koncernie węglowym OKD, Czesi chcą, aby było ich

jeszcze więcej. Polacy nie garną się już tak jak kiedyś do pracy w czeskich kopalniach, a to na nich tamtejsze zakłady zawsze mogły liczyć.

- Odkąd w naszych kopalniach były znaczne podwyżki, znaleźć nowych ludzi jest ciężko. Płace w Czechach, choć nadal wyższe, nie są już tak atrakcyjne - przyznaje Ryszard Szeithauer, dyrektor spółki Alpex, największej firmy, która pośredniczy w zatrudnianiu Polaków w Czechach.

Czesi nie zrażają się jednak kłopotami i postanowili przejść do kontrofensywy. Nie tylko podwyższyli ostatnio pensje dla nowo przyjętych ludzi do 20 tysięcy koron (ok. 2600 zł, czyli prawie dwa razy więcej niż w Polsce), ale ogłosili też program pod hasłem "Szukamy ludzi, którzy trzymają sztamę". Każdy z górników, który przyprowadzi do biura zatrudnienia kandydata na nowego górnika, dostanie 3 tys. koron nagrody. Jeżeli znajdzie wykwalifikowanego górnika, premia wzrośnie do 5 tys. koron".

W OKD przyznają, że program w dużej mierze adresowany jest do polskich górników. Nasi rodacy mają w Czechach opinię świetnych fachowców. - Kilku Polaków już skorzystało z tej propozycji, ale liczymy na to, że będzie ich jeszcze więcej

- nie ukrywa Vladislav Soból, rzecznik OKD. Zastrzega jednak, że premia wypłacana jest dopiero w momencie, gdy spółka podpisuje umowę o pracę z nowym górnikiem.

Dyrektor Szeithauer zdradza, że pomysł spodobał się przede wszystkim tym, którzy nie tylko znaleźli pracę w czeskiej kopalni, ale też przy tej okazji ożenili się z Czeszkami. Nie muszą tak jak ich koledzy przez tydzień mieszkać w hotelu i wracać na weekendy do domu. - Dla nich znalezienie kolegi, nawet Czecha, chętnego do pracy w kopalni to żaden problem - mówi Szeithauer.

Przyznaje, że program mógłby okazać się dla Polaków jeszcze atrakcyjniejszy, gdyby przy okazji zmieniły się też przepisy.
źródło: Gazeta Wyborcza


Kontakt :
Adres:
flag
CzechTrade Warsaw
Jiří Banot
ul. Wspólna 35
00-519 Warsaw
Poland
Kontakt :
arrow
E-mail: warsaw@czechtrade.cz
WWW: http://www.czechtrade.pl
Phone: +48 22 3803320-22
Fax: +48 22 3803323
TOP